sobota, 25 września 2010

Rozdział drugi

Rozdział drugi, gdzie sprawy zaczynają się komplikować, a androidy zamiast śnić o mechanicznych owcach zajmują się kopaniem tyłków.


Donośne „Kurwa mać!” zaalarmowało pielęgniarki. Panicz Blackfeather obudził się, hulaj dusza, piekła nie ma, cud się wydarzył, niebo runęło na głowy, amen, alleluja, łał.

Młodego bolało wszystko co tylko mogło boleć. Gdy dowiedział się, że stracił nogę, oko i leżał dwa tygodnie w śpiączce, załamał się aż tak, że zaczął żałować przeżycia.

Ojciec, który od progu zapytał się o Panią Śmierci dobił go jeszcze bardziej.

Dotychczas BH myślał, że to wszystko tylko mu się przyśniło. Że był to tylko głupi sen spowodowany wstrząśnieniem mózgu, czy coś...

- Ty draniu... - Mruknął w końcu. - Co to za ojciec, co własne dzieci sprzedaje?

Samiel milczał, nie patrząc na swojego syna. Przygryzł lekko wargę...

- I nadal wyglądasz młodziej ode mnie! - Dodał BH, pełen zazdrości.

Przygnębiony demon wzruszył ramionami...

- Oj, nie smuć się już tak, ona jest ze mną... Chyba.
Po dwóch miesiącach rehabilitacji, tłuczenia się i ogólnego „au”, młody gniewny w końcu wyszedł ze szpitala. Z metalową protezą nogi i sporą ilością szwów. O kuli, bo jeszcze nie chodził najlepiej. Mogło być gorzej, zawsze mogło być gorzej.

Przedmieścia Mystrii były tak paskudne, jak tylko mogły być. Popękane, upstrzone zwierzęcymi odchodami chodniki, ceglane, rozsypujące się domy... Do tego wszędzie lumpy. Nawet niebo tutaj wydawało się brudne i... niechętne.

Znowu centrum miasta było do bólu plastikowe. Wszystkie domy wyglądały na czyste, wykonane z włókna szklanego, czy innego nowatorskiego syfu. Zewsząd straszyły interaktywne billboardy, kolorki, wodotryski... Fuj! Zupełnie jak w tanim, staroświeckim filmie science-fiction. Brakowało tylko latających samochodów... Aczkolwiek chodziły słuchy, że powstają pierwsze prototypy. Zgroza.

BH wolał przedmieścia od centrum. Przynajmniej wszystko było tutaj prawdziwe.

Tak samo prawdziwe, jak pięść, która prawie złamała mu nos. Zdążył się uchylić...

Atakującym był android. Stary, podniszczony lekko. Srebrne włosy opadały mu na pozbawione wyrazu oczy. Zanim młody zdążył się pozbierać, przepuścił kontratak.

BH zablokował i kopnął swojego przeciwnika „nową nogą”. Była ciężka, ale warto było się przemęczyć dla takiego efektu. Srebrnowłosy został odrzucony na dość sporą odległość.

- Alef, nie, dość! Wysiadam! - Jęknął chłopak. Rozbolało go biodro, pociemniało mu w oczach... Nie, to nie był najlepszy czas na pieprzony, codzienny trening!

Android stanął w miejscu.

- Wyszedł pan z formy, panie Blackfeather...- Stwierdził spokojnie. - Czy mam zmienić program treningu?

- Tja... Najlepiej wyłącz to na jakiś czas... - Wymamrotał BH i poprawił ułożenie plecaka. - Jestem cały obolały...

Android spojrzał na niego z uprzejmie zdziwioną miną.
- Sam mi pan mówił, że przeciwnicy nie uznają czegoś takiego jak „dogodny moment” i „zła kondycja fizyczna”.

BH zerknął dziwnie na srebrnowłosego.

- Tak mówiłem?
Android kiwnął głową, na co jego właściciel machnął ręką.

Alef był prywatnym robotem BH, odrzuconym prototypem linii ZGF. I chyba pierwszą, tak skomplikowaną maszyną zdolną do abstrakcyjnego myślenia. Mimo wszystko, właśnie z abstrakcyjnym myśleniem miał czasem problemy.

BH wsparł się na kuli, po czym obaj poszli w kierunku jednej z kamienic.

Młody wbił do swojego mieszkania, żegnając androida i z nieukrywaną ulgą, walnął się na kanapę.

Pokój BH był ciemny, zagracony i zakurzony. Wszędzie walały się kartony po pizzy, pudełka po grach komputerowych, płyty oraz tak zwane „pisemka z cyckami”. Do tego obrazu nędzy i rozpaczy warto dodać butelki po tanim winie... I nie tylko winie.

Mroki zazwyczaj rozświetlała niewielka lampa w kształcie bałwanka, teraz zgaszona.
Chłopak wtulił twarz w materac, wdychając stęchły zapach kanapy, który, mimo wszystko, był lepszy niż zapach szpitala. Szpitale zawsze śmierdzą chorobą i lekarstwami. Zawsze, bez wyjątku...

W końcu BH przewrócił się na plecy by wgapić się w sufit... Wielkie było jego zdziwienie, kiedy zauważył, że sufit patrzy się też na niego. Zaiste... Patrzy się. Małymi, czerwonymi oczkami.

Zdumiony BH trzasnął się w twarz, pewien, że to jakieś halucynacje. Oczka zniknęły, tylko po to, by pojawić się w innym miejscu, tym razem w ciemnym kącie, przy ścianie.

- To jest... Bez sensu. - Mruknął chłopak. - Jakiś absurd. W kiepskich horrorach ściany się nie patrzą, tylko ociekają krwią.

Oczka zamrugały. Kilka nowych otworzyło się znów na suficie, inne wyjrzały zza telewizora.

- Bezczelna ta halucynacja! Wynocha! - Krzyknął BH i zapalił światło.

Większość czerwonych ślepi poznikało. Zostały dwa, w najciemniejszym kącie pokoju, które nadal wgapiały się w kulawego. Chłopak, rozeźlony, podszedł do nich. Miał wyjątkowo niecne zamiary, co oczęta chyba wyczuły, bo zaczęły się teraz nerwowo rozglądać na boki.

- Jak grzecznie nie działa, to będzie wulgarnie. Wypierdalać! - Warknął BH i wsadził w nie palce.

Rozbryzgły się, rozchlapując krew. Przerażony chłopak cofnął rękę, nie spodziewał się takiej... hm... „realności wizji”. Po chwili zarówno krew, jak i rozmazane białko zniknęły...

- Wariuję. - Mruknął BH. - Nie dość, że mam zwidy, to jeszcze gadam do siebie.

Wrócił na kanapę, usiłując zasnąć. Sen przyszedł późno, nie przynosząc wcale odpoczynku...

Tymczasem, gdzieś w prywatnym domu, w centrum Mystrii, Lucyfer zwinął się z bólu. Ogrom sześciu skrzydeł demona zajmował prawie cały pokój... Każde ze skrzydeł było pełne oczu, na jednym dwie gałki pękły.

Władca Piekieł, przebywający obecnie na Ziemi (przynajmniej jednym z ciał), zaklął cicho.

- Ci Blackfeatherowie... - Mruknął do siebie. - Zawsze sprawiający problemy...

czwartek, 3 grudnia 2009

Rozdział pierwszy

Rozdział pierwszy, w którym BH zawiera kontrakt ze śmiercią, demony radośnie panują nad światem i wszystko, ale to wszystko jest totalnie do dupy.


***

Cofnijmy się trochę w czasie i przyjmijmy, że mamy rok dwa tysiące któryśdziesiąty. Powiedzmy, że znajdujemy się na plaży – takiej śmiechowej plaży w śmiechowym państwie, zwanym Polską (a czasem nawet LOLską). Ściślej, w mieście Gdynia, dzielnicy Orłowo, w piękną, czarną noc. Idealną dla potwornych, tajemniczych rytuałów.
Właśnie wtedy nad morzem zgromadziła się niewielka grupka podrzędnych demonów. Wszystkie, naturalnie, odziane były w czarne szaty z wielkimi kapturami, coby było bardziej mrocznie. Swą formacją tworzyły one krąg, gdy jeden mały piekielnik kreślił w piasku jakieś znaki. Każdy znawca mógł się domyśleć, co się święci... Nie jest to jednak ani trochę słowo pasujące do sytuacji.
Demony chciały otworzyć bramy piekieł, zamknięte niegdyś przez legendarnego zdrajcę, Samaela – co samo w sobie miało miejsce w średniowieczu i, cóż, jest materiałem na zupełnie inną historię. Naturalnie, wszelkie rogate, skrzydlate i kopytne plugastwo tęskniło za swym domem. Może otwarcie piekielnych bram nie było takim złym pomysłem, może ludzie potrzebowali odrobiny zła w swoim sielankowym życiu... Ale ta banda idiotów chciała otworzyć wszystkie bramy jednocześnie. Nie wiedzieli, czym to grozi.
Samael wiedział. I chciał temu zapobiec.
Ukrywał się pośród „spiskowców” od samego początku, w czym niewątpliwie pomagał mu kaptur. Teraz w końcu zdarł go z rogatego łba, wyszarpnął swój miecz i ściął nim kilka sąsiednich głów. Reszta przerażonych pokrak od razu rozpierzchła się na boki z głośnym sykiem. Samael, jak zwykle pod postacią przystojnego mężczyzny, zaśmiał się szyderczo i skoczył na innego demona, nadziewając go na ostrze. Pozostałe rzuciły się na niego, by drapać, kąsać i pluć jadem, jednak „wielki zdrajca” nic sobie z tego nie robił – wszak miał do czynienia z wyrzutkami; z bandą największych pierdół, jakie znalazły się kiedykolwiek w piekle.
Żadne z tych stworzeń nie stanowiło dla niego zagrożenia: wszystkie zginęły od jego miecza. Ale czy na pewno wszystkie? Jeden z diablików, ciężko, wręcz śmiertelnie ranny czym prędzej dokończył inkantację i dorysował ostatnie znaki do kręgu. Samael nie zdążył nawet wykrztusić przekleństwa, gdy odrzuciła go fala gorącego powietrza, wyrzucona prosto z właśnie otwartego piekła. Wraz oślepił go błysk dziwnego światła.
Zaraz potem przebił go jakiś miecz. Jak się okazało, należał do samego Lucyfera, który tylko czekał na otwarcie bram. Najwyższy z Szatanów, odziany w ciężką, czarną zbroję płytową, powoli wyszedł z... hmm... czegoś, co można było nazwać niewielką wyrwą w czasoprzestrzeni. Demon wciąż trzymał rękojeść ostrza z nadzianym na nie Samaelem.
- Ty... - wykrztusił ranny.
- Ja. - kiwnął głową Lucyfer i lekko przekręcił miecz w ranie. Cóż... Był w całości wykonany ze srebra, specjalnie do wyznaczania kar krnąbrnym diablikom.
Samael zawył z bólu, jego krew spłynęła niewielkim strumieniem po piasku. Od razu pożałował, że dawniej uwięził Lucyfera w piekle, nazwał go szalonym i uciekł, by żyć z ludźmi...
- Jesteś żałosny. - stwierdził Najwyższy, patrząc zdrajcy prosto w oczy. - Nigdy niczego nie potrafiłeś zrobić dobrze.
- Wypełniałem tylko... polecenia z GÓRY... - szepnął Samael.
Lucyfer odpowiedział mu wpierw tylko pogardliwym parsknięciem.
- Góry, powiadasz? Więc módl się teraz tam, do góry, by cię ocalili.
Przekręcił ostrze jeszcze dwa razy i wyciągnął je z rany. Samael opadł na ziemię i zwinął się z bólu; wokół niego powiększała się kałuża krwi. Dopiero teraz „wielki zdrajca” zauważył, jakich spustoszeń dokonało otwarcie bram. Woda w Bałtyku zmieniła kolor na czerwony, gdyż wszystkie ryby żyjące w tym morzu zostały rozszarpane przez stwory piekielne. Drzewa przy plaży płonęły, tak samo jak budynki w oddali. Słychać było wołania o pomoc, przeradzające się we wrzaski bólu i przerażenia.
Samael zamknął oczy, pragnąc Śmierci... a ona nadeszła, lecz zupełnie inna, niż sobie wyobrażał; ba, postanowiła dać mu kolejną szansę.

***

Wkrótce po otwarciu bram rozgorzała wojna - demony dość szybko wmieszały się między ludzi i skłóciły ze sobą narody. Ową wojnę nazwano Impact. Pochłonęła o wiele więcej ofiar niż obie Wojny Światowe razem wzięte i tak jak one, wstrzymała rozwój technologiczny ludzkości. Jednak gdy Impact zakończył się, już kilkanaście lat po nim zlikwidowano problem chorób, ludzie nie musieli ciężko pracować, a sztuczna inteligencja zaczęła przewyższać tę naturalną. Niemniej, było jedno, zasadnicze „ale”. Generalną kontrolę nad światem przejęły demony.
Natomiast Polska po raz kolejny zniknęła z mapy świata.

***

Młody Michael Blackfeather stwierdził, że znalazł się na plaży. Nie czuł już bólu, tylko pełno piachu w ustach. Jakimś cudem udało mu się podnieść swój rozczochrany łeb i rozejrzeć się dookoła.
Tak. Zdecydowanie plaża. Nawet morze się znalazło. Tylko dlaczego te drzewa płoną?
Chłopak wstał, otrzepał się i wypluł piasek. Gdzieś w oddali dostrzegł klif...
- Kurna, jeśli tak wygląda życie po śmierci, to ja dziękuję. - Burknął i bezwiednie ruszył przed siebie.
Szedł i szedł - to był niezły kawałek drogi - aż złapał się na tym, ze wrócił dokładnie w to samo miejsce. Zatoczył koło, a że okolica ni cholery nie wyglądała na biegun polarny, coś musiało go trzymać w upierdliwej uwięzi. Z „wielkiej” rozpaczy zamierzał właśnie rzucić się do morza, gdy nagle zauważył, ze ktoś go obserwuje.
Dostrzegł, iż była to dziewczyna – bardzo wysoka i ładnie... wyrzeźbiona... Ubrana w białą suknię, bez żadnych ozdób... No, oprócz rogatej maski zrobionej z czaszki jelenia. Maska zasłaniała jej oczy, ale Michael miał wrażenie, że patrzy na niego i... w głąb niego. Po plecach przeszły mu ciarki.
- H... Hej! - zawołał, powoli tracąc wszelką pewność siebie.
Dziewczyna podeszła do niego i zdjęła maskę. Miała całkiem ładną, lecz przy tym dziwnie smutną twarz... i włosy w odcieniu jasnego fioletu.
- Czy to ty jesteś synem Samaela? - zapytała cicho.
BH, zdziwiony, odpowiedział i po chwili zasypał ją gradem pytań:
- Tak... Yyy... Eee, no, tego, skąd znasz mojego ojca?... I kim ty w ogóle jesteś? Co to za miejsce?
- Jestem Adae - odparła krótko - A to moje królestwo.
Do młodego w końcu dotarło, że rozmawia ze Śmiercią we własnej osobie. Wprawiło go to w jeszcze większe zakłopotanie. Z cichym "o rany" klapnął na piasek i wpatrzył się w swoje buty.
- To jeszcze nie jest twój czas - mówiła Adae - Nie powinieneś był się tu znaleźć.
BH skwitował te słowa żałosnym jękiem.
- Wiesz... Gdy nastąpiło Impact... Zawarłam z twoim ojcem pewną umowę. - ciągnęła - Pozwolił mi ciebie wziąć; a konkretniej, wziąć w posiadanie twoje ciało. Wybacz, że bez twojej zgody...
Chłopak milczał. Rozumiał... A nawet jeśli nie, to przynajmniej starał się zrozumieć. Znał legendy o tym, jak śmierć niegdyś chodziła po świecie w ludzkiej postaci, a Bóg pozbawił ją tego przywileju i skazał na wieczną tułaczkę w Otchłani.
- Obserwowałam cię przez te całe lata... - Adae znów podjęła swój monolog - I chyba cię polubiłam. Dlatego więc nie zostawię cię tutaj, wrócimy razem.
Kończąc swoją niespieszną przemowę, usiadła przy nim i obróciła go w swoją stronę.
- Pytanie tylko, czy tego chcesz?
BH nie był w stanie spojrzeć w jej oczy; było w niej coś, co wyraźnie zniechęcało do bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Zaczął się jednak poważnie zastanawiać, czy ma do czego wracać. Ojciec go sprzedał, matki nie miał, najlepszy przyjaciel przebił mu kulkę przez łeb.
Z drugiej strony, był jeszcze młody. Miał jako takie szanse wśród programistów i w branży muzycznej... Całe życie do przejścia...
Podniósł głowę i, zebrawszy w sobie odwagę, popatrzył jej w te piękne, oraz zaskakująco niewinne oczy. Podjął decyzję.
- CHCĘ.
Adae uśmiechnęła się lekko. Umowa została zawarta. Teraz należało tylko nałożyć pieczęć, więc przysunęła się do niego, po czym objęła rękoma.
- Nie bój się... Może trochę zaboleć - szepnęła.
- Nie boję się. - Odpowiedział, gotowy już na wszystko.
Wtedy Śmierć ucałowała go delikatnie w lewe oko, te przestrzelone. Przez chwilę delektowała się krwią, a następnie wstała, jego też ciągnąc na nogi.
Młodzieńca faktycznie zabolało; był to dziwny, jakby nierealny ból. Gdy ustąpił, Adae powiedziała jeszcze:
- Zobaczymy się w snach.
I wepchnęła go do zimnej, ciemnej wody.

***

Przemyślał słowa, które powie po przebudzeniu. Rozważał nad nimi długo, całą drogę w dół, na dno... Ale i tak skończyło się na donośnym "Kurwa mać!" z bólu i zaskoczenia.
Do dupy z tym wszystkim.

piątek, 20 listopada 2009

Prolog

Prolog, w którym główny bohater umiera, na koncercie pije się sok malinowy i broń potrafi zrobić kuku.

***

Roku pięćdziesiątego szóstego po Impact połowa ludzkości ( która Impact przeżyła, rzecz jasna) żyła w niesamowicie rozwiniętch technologicznie miastach, albo w totalnej nędzy na post-nuklearnych pustyniach.
Czy ci pierwsi mieli lepiej? Ja, to tam nie wiem. ale na nich skupimy się w tej opowieści.
Bo roku pięćdziesiątego szóstego po Impact, w jednym z miast-państw, w Mystrii doszło do dość zadziwiającej serii wypadków. Dotyczyły one osoby niejakiego Michaela Blackfeathera, byłego łowcy demonów, będącym jednocześnie synem demona. Basisty zespołu rockowego The Smiling Corpses.
Oto i cała historia. Panie i panowie, panowie i panie, rozpoczynamy Apokalipsę świętego Walniętego. Rozpoczynamy Mindless.

***
Zagrają nad nami...
Upiornie skrzypeczkami
Ty między Wziemianami - ZaskoczonyMiNami...
To jest ten dzień, który nagrodził nas na minie...
To jest ten dzień, który będzie wiecznie trwał...

***
To był świetny koncert, jeden z lepszych w historii The Smiling Corpses.
Mike, szerzej znany jako BH, wyszedł do szatni, wlekąc za sobą połamaną gitarę. Uśmiechał się błogo, na wspomnienie wrzeszczących z uciechy fanów, machających butelkami po soku malinowym.
Bo, mimo wszystko, to była szkoła. I alkoholu się tu nie spożywało, nawet w cukierkach.
Dragi było łatwiej przemycić i dawały lepszy efekt...
BH westchnął, doczłapując się do łazienki, by zmyć z siebie cały ten brud dzisiejszego dnia. Gdy wyszedł spod przysznica, przyjrzał się uważnie swojemu odbiciu w lustrze. A co ujrzał?...
O stary, tragedia.
Ujrzał rosłego faceta, który nie zdażył jeszcze dorosnąć, bo, w końcu, miał tylko dziewiętnaście lat.
Niegyś całkiem przystojną gębę orały szerokie i długie blizny. Mokre, czarne kłaki sięgały mu do pasa. Do tego, muskulaturę miał wybitnie... Umm... Niemodną.
Bo pięćdziesiąt sześć lat po Impact, mężczyźni za wszelką cenę starali upodobnić się do patyczaków.
A BH w żaden sposób nie był patyczakiem. Najlepszym określeniem była « szafa trzydrzwiowa ».
Usiłował zrobić mądrą minę do lustra, co niespecjalnie pomogło. Nadal wyglądał jak osiłek z defektem mózgu.
Z rozważań typu « cholera, jak ja wyglądam, żadna laska mnie nie chce » wyrwały go krzyki i odgłosy strzelaniny.
Zupełnie zaskoczony, przez chwilę nie wiedział, czy to jakiś żart, czy może ma się chować, czy ruszyć na pomoc.
W końcu wybrał trzecią opcję i wyszarpnął pistolet zza paska od spodni. Bycie łowcą demonów zostawiło mu ten nawyk trzymania przy sobie broni... W końcu, przypadki chodzą po ludziach.
W istocie. Przypadek chodził po ludziach, konkretniej, martwych ludziach na korytarzu.
Był nim gitarzysta zespołu, Brion, który pasował do wszystkich kanowów mystriańskiej mody. Albinos z figurą modelki i niezwykle długimi włosami, zaplecionymi w zgrabny warkocz.
Niemal dokładne przeciwieństwo roztrzepanego, kanciastego i zbirowatego BH.
Brion miał jeden feler. Ćpał.
I właśnie to doprowadziło do całego wypadku, zwanego potem w gazetach «masakrą w Mystria Highs ».
BH szybko wypadł przez drzwi i wziął albinosa na celownik. Kiedy zreflektował się, że mierzy do kumpla, opuścił pistolet.
- Hej, co ty do cholery wyra...
Nie dokończył, oberwał w nogę.
Krzyknął. Nie z bólu, szok dobrze go znieczulił. Krzyknął dlatego, że to, co zobaczył napełniło go przerażeniem i grozą.
Pocisk prawie amputował mu nogę. Trzymała się tylko na pasku skóry i kawałku mięśnia.
Fala bólu nadeszła dopiero po kilku minutach, do tego krew uchodziła szybko przez przeciętą tętnicę.
- Brion... Co ty... - Wykrztusił, powstrzymując łzy. Ból był nie do wytrzymania, tak samo jak pewne poczucie zdrady przez, bądź co bądź, najlepszego kumpla.
Albinos cicho westchnął.
- I tak nie zrozumiesz. - Powiedział bardzo powoli i wyraźnie. Nieźle przyćpał, dość charaktycznym narkotykiem.
Oczywiście, Czarna Lilia. Najmodniejszy i najmocniejszy narkotyk w Mystrii. Nie mający żadnego zgubnego wpływu na organizm (poza uzależnieniem) i dostarczający całkiem fajniutkich wizji.
Brion wycelował ponownie swoją giwerę w przyjaciela. Zanim tamten sięgnął po własny pistolet, wystrzelił.
BH oberwał w klatkę piersiową, powstała w niej dość spora dziura. Z ust buchnęła mu krew i padł na plecy.
Czerwona kałuża wokół niego znacznie się powiększyła. Chłopak leżał w niej, drżąc lekko, powoli umierając. Nie wiedział nawet za co, czym sobie zasłużył na tak okrutny los. Może to za te demony? Może za niechodzenie do kościoła i bluźnierstwa?
Może za...
...
Nagle wszystkie myśli się urwały, zamiast tego całe życie przemknęło mu przed oczami z
szybkością tego pocisku, w którym odbiło się spojrzenie Śmierci, tego pocisku, który wwiercił mu się w czaszkę, przebijając się przez lewy oczodół, wydostając się na zewnątrz,
by pomknąć dalej korytarzem i wbić się w ścianę.



Nagle wszystko zrobiło się tak ciemne. Tak zimne...

Ojcze wybacz mi, bo zgrzeszyłem.