Rozdział drugi, gdzie sprawy zaczynają się komplikować, a androidy zamiast śnić o mechanicznych owcach zajmują się kopaniem tyłków.
Donośne „Kurwa mać!” zaalarmowało pielęgniarki. Panicz Blackfeather obudził się, hulaj dusza, piekła nie ma, cud się wydarzył, niebo runęło na głowy, amen, alleluja, łał.
Młodego bolało wszystko co tylko mogło boleć. Gdy dowiedział się, że stracił nogę, oko i leżał dwa tygodnie w śpiączce, załamał się aż tak, że zaczął żałować przeżycia.
Ojciec, który od progu zapytał się o Panią Śmierci dobił go jeszcze bardziej.
Dotychczas BH myślał, że to wszystko tylko mu się przyśniło. Że był to tylko głupi sen spowodowany wstrząśnieniem mózgu, czy coś...
- Ty draniu... - Mruknął w końcu. - Co to za ojciec, co własne dzieci sprzedaje?
Samiel milczał, nie patrząc na swojego syna. Przygryzł lekko wargę...
- I nadal wyglądasz młodziej ode mnie! - Dodał BH, pełen zazdrości.
Przygnębiony demon wzruszył ramionami...
- Oj, nie smuć się już tak, ona jest ze mną... Chyba.
Po dwóch miesiącach rehabilitacji, tłuczenia się i ogólnego „au”, młody gniewny w końcu wyszedł ze szpitala. Z metalową protezą nogi i sporą ilością szwów. O kuli, bo jeszcze nie chodził najlepiej. Mogło być gorzej, zawsze mogło być gorzej.
Przedmieścia Mystrii były tak paskudne, jak tylko mogły być. Popękane, upstrzone zwierzęcymi odchodami chodniki, ceglane, rozsypujące się domy... Do tego wszędzie lumpy. Nawet niebo tutaj wydawało się brudne i... niechętne.
Znowu centrum miasta było do bólu plastikowe. Wszystkie domy wyglądały na czyste, wykonane z włókna szklanego, czy innego nowatorskiego syfu. Zewsząd straszyły interaktywne billboardy, kolorki, wodotryski... Fuj! Zupełnie jak w tanim, staroświeckim filmie science-fiction. Brakowało tylko latających samochodów... Aczkolwiek chodziły słuchy, że powstają pierwsze prototypy. Zgroza.
BH wolał przedmieścia od centrum. Przynajmniej wszystko było tutaj prawdziwe.
Tak samo prawdziwe, jak pięść, która prawie złamała mu nos. Zdążył się uchylić...
Atakującym był android. Stary, podniszczony lekko. Srebrne włosy opadały mu na pozbawione wyrazu oczy. Zanim młody zdążył się pozbierać, przepuścił kontratak.
BH zablokował i kopnął swojego przeciwnika „nową nogą”. Była ciężka, ale warto było się przemęczyć dla takiego efektu. Srebrnowłosy został odrzucony na dość sporą odległość.
- Alef, nie, dość! Wysiadam! - Jęknął chłopak. Rozbolało go biodro, pociemniało mu w oczach... Nie, to nie był najlepszy czas na pieprzony, codzienny trening!
Android stanął w miejscu.
- Wyszedł pan z formy, panie Blackfeather...- Stwierdził spokojnie. - Czy mam zmienić program treningu?
- Tja... Najlepiej wyłącz to na jakiś czas... - Wymamrotał BH i poprawił ułożenie plecaka. - Jestem cały obolały...
Android spojrzał na niego z uprzejmie zdziwioną miną.
- Sam mi pan mówił, że przeciwnicy nie uznają czegoś takiego jak „dogodny moment” i „zła kondycja fizyczna”.
BH zerknął dziwnie na srebrnowłosego.
- Tak mówiłem?
Android kiwnął głową, na co jego właściciel machnął ręką.
Alef był prywatnym robotem BH, odrzuconym prototypem linii ZGF. I chyba pierwszą, tak skomplikowaną maszyną zdolną do abstrakcyjnego myślenia. Mimo wszystko, właśnie z abstrakcyjnym myśleniem miał czasem problemy.
BH wsparł się na kuli, po czym obaj poszli w kierunku jednej z kamienic.
Młody wbił do swojego mieszkania, żegnając androida i z nieukrywaną ulgą, walnął się na kanapę.
Pokój BH był ciemny, zagracony i zakurzony. Wszędzie walały się kartony po pizzy, pudełka po grach komputerowych, płyty oraz tak zwane „pisemka z cyckami”. Do tego obrazu nędzy i rozpaczy warto dodać butelki po tanim winie... I nie tylko winie.
Mroki zazwyczaj rozświetlała niewielka lampa w kształcie bałwanka, teraz zgaszona.
Chłopak wtulił twarz w materac, wdychając stęchły zapach kanapy, który, mimo wszystko, był lepszy niż zapach szpitala. Szpitale zawsze śmierdzą chorobą i lekarstwami. Zawsze, bez wyjątku...
W końcu BH przewrócił się na plecy by wgapić się w sufit... Wielkie było jego zdziwienie, kiedy zauważył, że sufit patrzy się też na niego. Zaiste... Patrzy się. Małymi, czerwonymi oczkami.
Zdumiony BH trzasnął się w twarz, pewien, że to jakieś halucynacje. Oczka zniknęły, tylko po to, by pojawić się w innym miejscu, tym razem w ciemnym kącie, przy ścianie.
- To jest... Bez sensu. - Mruknął chłopak. - Jakiś absurd. W kiepskich horrorach ściany się nie patrzą, tylko ociekają krwią.
Oczka zamrugały. Kilka nowych otworzyło się znów na suficie, inne wyjrzały zza telewizora.
- Bezczelna ta halucynacja! Wynocha! - Krzyknął BH i zapalił światło.
Większość czerwonych ślepi poznikało. Zostały dwa, w najciemniejszym kącie pokoju, które nadal wgapiały się w kulawego. Chłopak, rozeźlony, podszedł do nich. Miał wyjątkowo niecne zamiary, co oczęta chyba wyczuły, bo zaczęły się teraz nerwowo rozglądać na boki.
- Jak grzecznie nie działa, to będzie wulgarnie. Wypierdalać! - Warknął BH i wsadził w nie palce.
Rozbryzgły się, rozchlapując krew. Przerażony chłopak cofnął rękę, nie spodziewał się takiej... hm... „realności wizji”. Po chwili zarówno krew, jak i rozmazane białko zniknęły...
- Wariuję. - Mruknął BH. - Nie dość, że mam zwidy, to jeszcze gadam do siebie.
Wrócił na kanapę, usiłując zasnąć. Sen przyszedł późno, nie przynosząc wcale odpoczynku...
Tymczasem, gdzieś w prywatnym domu, w centrum Mystrii, Lucyfer zwinął się z bólu. Ogrom sześciu skrzydeł demona zajmował prawie cały pokój... Każde ze skrzydeł było pełne oczu, na jednym dwie gałki pękły.
Władca Piekieł, przebywający obecnie na Ziemi (przynajmniej jednym z ciał), zaklął cicho.
- Ci Blackfeatherowie... - Mruknął do siebie. - Zawsze sprawiający problemy...