Prolog, w którym główny bohater umiera, na koncercie pije się sok malinowy i broń potrafi zrobić kuku.
***
Roku pięćdziesiątego szóstego po Impact połowa ludzkości ( która Impact przeżyła, rzecz jasna) żyła w niesamowicie rozwiniętch technologicznie miastach, albo w totalnej nędzy na post-nuklearnych pustyniach.
Czy ci pierwsi mieli lepiej? Ja, to tam nie wiem. ale na nich skupimy się w tej opowieści.
Bo roku pięćdziesiątego szóstego po Impact, w jednym z miast-państw, w Mystrii doszło do dość zadziwiającej serii wypadków. Dotyczyły one osoby niejakiego Michaela Blackfeathera, byłego łowcy demonów, będącym jednocześnie synem demona. Basisty zespołu rockowego The Smiling Corpses.
Oto i cała historia. Panie i panowie, panowie i panie, rozpoczynamy Apokalipsę świętego Walniętego. Rozpoczynamy Mindless.
***
Zagrają nad nami...
Upiornie skrzypeczkami
Ty między Wziemianami - ZaskoczonyMiNami...
To jest ten dzień, który nagrodził nas na minie...
To jest ten dzień, który będzie wiecznie trwał...
***
To był świetny koncert, jeden z lepszych w historii The Smiling Corpses.
Mike, szerzej znany jako BH, wyszedł do szatni, wlekąc za sobą połamaną gitarę. Uśmiechał się błogo, na wspomnienie wrzeszczących z uciechy fanów, machających butelkami po soku malinowym.
Bo, mimo wszystko, to była szkoła. I alkoholu się tu nie spożywało, nawet w cukierkach.
Dragi było łatwiej przemycić i dawały lepszy efekt...
BH westchnął, doczłapując się do łazienki, by zmyć z siebie cały ten brud dzisiejszego dnia. Gdy wyszedł spod przysznica, przyjrzał się uważnie swojemu odbiciu w lustrze. A co ujrzał?...
O stary, tragedia.
Ujrzał rosłego faceta, który nie zdażył jeszcze dorosnąć, bo, w końcu, miał tylko dziewiętnaście lat.
Niegyś całkiem przystojną gębę orały szerokie i długie blizny. Mokre, czarne kłaki sięgały mu do pasa. Do tego, muskulaturę miał wybitnie... Umm... Niemodną.
Bo pięćdziesiąt sześć lat po Impact, mężczyźni za wszelką cenę starali upodobnić się do patyczaków.
A BH w żaden sposób nie był patyczakiem. Najlepszym określeniem była « szafa trzydrzwiowa ».
Usiłował zrobić mądrą minę do lustra, co niespecjalnie pomogło. Nadal wyglądał jak osiłek z defektem mózgu.
Z rozważań typu « cholera, jak ja wyglądam, żadna laska mnie nie chce » wyrwały go krzyki i odgłosy strzelaniny.
Zupełnie zaskoczony, przez chwilę nie wiedział, czy to jakiś żart, czy może ma się chować, czy ruszyć na pomoc.
W końcu wybrał trzecią opcję i wyszarpnął pistolet zza paska od spodni. Bycie łowcą demonów zostawiło mu ten nawyk trzymania przy sobie broni... W końcu, przypadki chodzą po ludziach.
W istocie. Przypadek chodził po ludziach, konkretniej, martwych ludziach na korytarzu.
Był nim gitarzysta zespołu, Brion, który pasował do wszystkich kanowów mystriańskiej mody. Albinos z figurą modelki i niezwykle długimi włosami, zaplecionymi w zgrabny warkocz.
Niemal dokładne przeciwieństwo roztrzepanego, kanciastego i zbirowatego BH.
Brion miał jeden feler. Ćpał.
I właśnie to doprowadziło do całego wypadku, zwanego potem w gazetach «masakrą w Mystria Highs ».
BH szybko wypadł przez drzwi i wziął albinosa na celownik. Kiedy zreflektował się, że mierzy do kumpla, opuścił pistolet.
- Hej, co ty do cholery wyra...
Nie dokończył, oberwał w nogę.
Krzyknął. Nie z bólu, szok dobrze go znieczulił. Krzyknął dlatego, że to, co zobaczył napełniło go przerażeniem i grozą.
Pocisk prawie amputował mu nogę. Trzymała się tylko na pasku skóry i kawałku mięśnia.
Fala bólu nadeszła dopiero po kilku minutach, do tego krew uchodziła szybko przez przeciętą tętnicę.
- Brion... Co ty... - Wykrztusił, powstrzymując łzy. Ból był nie do wytrzymania, tak samo jak pewne poczucie zdrady przez, bądź co bądź, najlepszego kumpla.
Albinos cicho westchnął.
- I tak nie zrozumiesz. - Powiedział bardzo powoli i wyraźnie. Nieźle przyćpał, dość charaktycznym narkotykiem.
Oczywiście, Czarna Lilia. Najmodniejszy i najmocniejszy narkotyk w Mystrii. Nie mający żadnego zgubnego wpływu na organizm (poza uzależnieniem) i dostarczający całkiem fajniutkich wizji.
Brion wycelował ponownie swoją giwerę w przyjaciela. Zanim tamten sięgnął po własny pistolet, wystrzelił.
BH oberwał w klatkę piersiową, powstała w niej dość spora dziura. Z ust buchnęła mu krew i padł na plecy.
Czerwona kałuża wokół niego znacznie się powiększyła. Chłopak leżał w niej, drżąc lekko, powoli umierając. Nie wiedział nawet za co, czym sobie zasłużył na tak okrutny los. Może to za te demony? Może za niechodzenie do kościoła i bluźnierstwa?
Może za...
...
Nagle wszystkie myśli się urwały, zamiast tego całe życie przemknęło mu przed oczami z
szybkością tego pocisku, w którym odbiło się spojrzenie Śmierci, tego pocisku, który wwiercił mu się w czaszkę, przebijając się przez lewy oczodół, wydostając się na zewnątrz,
by pomknąć dalej korytarzem i wbić się w ścianę.
Nagle wszystko zrobiło się tak ciemne. Tak zimne...
Ojcze wybacz mi, bo zgrzeszyłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz