Rozdział pierwszy, w którym BH zawiera kontrakt ze śmiercią, demony radośnie panują nad światem i wszystko, ale to wszystko jest totalnie do dupy.
***
Cofnijmy się trochę w czasie i przyjmijmy, że mamy rok dwa tysiące któryśdziesiąty. Powiedzmy, że znajdujemy się na plaży – takiej śmiechowej plaży w śmiechowym państwie, zwanym Polską (a czasem nawet LOLską). Ściślej, w mieście Gdynia, dzielnicy Orłowo, w piękną, czarną noc. Idealną dla potwornych, tajemniczych rytuałów.
Właśnie wtedy nad morzem zgromadziła się niewielka grupka podrzędnych demonów. Wszystkie, naturalnie, odziane były w czarne szaty z wielkimi kapturami, coby było bardziej mrocznie. Swą formacją tworzyły one krąg, gdy jeden mały piekielnik kreślił w piasku jakieś znaki. Każdy znawca mógł się domyśleć, co się święci... Nie jest to jednak ani trochę słowo pasujące do sytuacji.
Demony chciały otworzyć bramy piekieł, zamknięte niegdyś przez legendarnego zdrajcę, Samaela – co samo w sobie miało miejsce w średniowieczu i, cóż, jest materiałem na zupełnie inną historię. Naturalnie, wszelkie rogate, skrzydlate i kopytne plugastwo tęskniło za swym domem. Może otwarcie piekielnych bram nie było takim złym pomysłem, może ludzie potrzebowali odrobiny zła w swoim sielankowym życiu... Ale ta banda idiotów chciała otworzyć wszystkie bramy jednocześnie. Nie wiedzieli, czym to grozi.
Samael wiedział. I chciał temu zapobiec.
Ukrywał się pośród „spiskowców” od samego początku, w czym niewątpliwie pomagał mu kaptur. Teraz w końcu zdarł go z rogatego łba, wyszarpnął swój miecz i ściął nim kilka sąsiednich głów. Reszta przerażonych pokrak od razu rozpierzchła się na boki z głośnym sykiem. Samael, jak zwykle pod postacią przystojnego mężczyzny, zaśmiał się szyderczo i skoczył na innego demona, nadziewając go na ostrze. Pozostałe rzuciły się na niego, by drapać, kąsać i pluć jadem, jednak „wielki zdrajca” nic sobie z tego nie robił – wszak miał do czynienia z wyrzutkami; z bandą największych pierdół, jakie znalazły się kiedykolwiek w piekle.
Żadne z tych stworzeń nie stanowiło dla niego zagrożenia: wszystkie zginęły od jego miecza. Ale czy na pewno wszystkie? Jeden z diablików, ciężko, wręcz śmiertelnie ranny czym prędzej dokończył inkantację i dorysował ostatnie znaki do kręgu. Samael nie zdążył nawet wykrztusić przekleństwa, gdy odrzuciła go fala gorącego powietrza, wyrzucona prosto z właśnie otwartego piekła. Wraz oślepił go błysk dziwnego światła.
Zaraz potem przebił go jakiś miecz. Jak się okazało, należał do samego Lucyfera, który tylko czekał na otwarcie bram. Najwyższy z Szatanów, odziany w ciężką, czarną zbroję płytową, powoli wyszedł z... hmm... czegoś, co można było nazwać niewielką wyrwą w czasoprzestrzeni. Demon wciąż trzymał rękojeść ostrza z nadzianym na nie Samaelem.
- Ty... - wykrztusił ranny.
- Ja. - kiwnął głową Lucyfer i lekko przekręcił miecz w ranie. Cóż... Był w całości wykonany ze srebra, specjalnie do wyznaczania kar krnąbrnym diablikom.
Samael zawył z bólu, jego krew spłynęła niewielkim strumieniem po piasku. Od razu pożałował, że dawniej uwięził Lucyfera w piekle, nazwał go szalonym i uciekł, by żyć z ludźmi...
- Jesteś żałosny. - stwierdził Najwyższy, patrząc zdrajcy prosto w oczy. - Nigdy niczego nie potrafiłeś zrobić dobrze.
- Wypełniałem tylko... polecenia z GÓRY... - szepnął Samael.
Lucyfer odpowiedział mu wpierw tylko pogardliwym parsknięciem.
- Góry, powiadasz? Więc módl się teraz tam, do góry, by cię ocalili.
Przekręcił ostrze jeszcze dwa razy i wyciągnął je z rany. Samael opadł na ziemię i zwinął się z bólu; wokół niego powiększała się kałuża krwi. Dopiero teraz „wielki zdrajca” zauważył, jakich spustoszeń dokonało otwarcie bram. Woda w Bałtyku zmieniła kolor na czerwony, gdyż wszystkie ryby żyjące w tym morzu zostały rozszarpane przez stwory piekielne. Drzewa przy plaży płonęły, tak samo jak budynki w oddali. Słychać było wołania o pomoc, przeradzające się we wrzaski bólu i przerażenia.
Samael zamknął oczy, pragnąc Śmierci... a ona nadeszła, lecz zupełnie inna, niż sobie wyobrażał; ba, postanowiła dać mu kolejną szansę.
***
Wkrótce po otwarciu bram rozgorzała wojna - demony dość szybko wmieszały się między ludzi i skłóciły ze sobą narody. Ową wojnę nazwano Impact. Pochłonęła o wiele więcej ofiar niż obie Wojny Światowe razem wzięte i tak jak one, wstrzymała rozwój technologiczny ludzkości. Jednak gdy Impact zakończył się, już kilkanaście lat po nim zlikwidowano problem chorób, ludzie nie musieli ciężko pracować, a sztuczna inteligencja zaczęła przewyższać tę naturalną. Niemniej, było jedno, zasadnicze „ale”. Generalną kontrolę nad światem przejęły demony.
Natomiast Polska po raz kolejny zniknęła z mapy świata.
***
Młody Michael Blackfeather stwierdził, że znalazł się na plaży. Nie czuł już bólu, tylko pełno piachu w ustach. Jakimś cudem udało mu się podnieść swój rozczochrany łeb i rozejrzeć się dookoła.
Tak. Zdecydowanie plaża. Nawet morze się znalazło. Tylko dlaczego te drzewa płoną?
Chłopak wstał, otrzepał się i wypluł piasek. Gdzieś w oddali dostrzegł klif...
- Kurna, jeśli tak wygląda życie po śmierci, to ja dziękuję. - Burknął i bezwiednie ruszył przed siebie.
Szedł i szedł - to był niezły kawałek drogi - aż złapał się na tym, ze wrócił dokładnie w to samo miejsce. Zatoczył koło, a że okolica ni cholery nie wyglądała na biegun polarny, coś musiało go trzymać w upierdliwej uwięzi. Z „wielkiej” rozpaczy zamierzał właśnie rzucić się do morza, gdy nagle zauważył, ze ktoś go obserwuje.
Dostrzegł, iż była to dziewczyna – bardzo wysoka i ładnie... wyrzeźbiona... Ubrana w białą suknię, bez żadnych ozdób... No, oprócz rogatej maski zrobionej z czaszki jelenia. Maska zasłaniała jej oczy, ale Michael miał wrażenie, że patrzy na niego i... w głąb niego. Po plecach przeszły mu ciarki.
- H... Hej! - zawołał, powoli tracąc wszelką pewność siebie.
Dziewczyna podeszła do niego i zdjęła maskę. Miała całkiem ładną, lecz przy tym dziwnie smutną twarz... i włosy w odcieniu jasnego fioletu.
- Czy to ty jesteś synem Samaela? - zapytała cicho.
BH, zdziwiony, odpowiedział i po chwili zasypał ją gradem pytań:
- Tak... Yyy... Eee, no, tego, skąd znasz mojego ojca?... I kim ty w ogóle jesteś? Co to za miejsce?
- Jestem Adae - odparła krótko - A to moje królestwo.
Do młodego w końcu dotarło, że rozmawia ze Śmiercią we własnej osobie. Wprawiło go to w jeszcze większe zakłopotanie. Z cichym "o rany" klapnął na piasek i wpatrzył się w swoje buty.
- To jeszcze nie jest twój czas - mówiła Adae - Nie powinieneś był się tu znaleźć.
BH skwitował te słowa żałosnym jękiem.
- Wiesz... Gdy nastąpiło Impact... Zawarłam z twoim ojcem pewną umowę. - ciągnęła - Pozwolił mi ciebie wziąć; a konkretniej, wziąć w posiadanie twoje ciało. Wybacz, że bez twojej zgody...
Chłopak milczał. Rozumiał... A nawet jeśli nie, to przynajmniej starał się zrozumieć. Znał legendy o tym, jak śmierć niegdyś chodziła po świecie w ludzkiej postaci, a Bóg pozbawił ją tego przywileju i skazał na wieczną tułaczkę w Otchłani.
- Obserwowałam cię przez te całe lata... - Adae znów podjęła swój monolog - I chyba cię polubiłam. Dlatego więc nie zostawię cię tutaj, wrócimy razem.
Kończąc swoją niespieszną przemowę, usiadła przy nim i obróciła go w swoją stronę.
- Pytanie tylko, czy tego chcesz?
BH nie był w stanie spojrzeć w jej oczy; było w niej coś, co wyraźnie zniechęcało do bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Zaczął się jednak poważnie zastanawiać, czy ma do czego wracać. Ojciec go sprzedał, matki nie miał, najlepszy przyjaciel przebił mu kulkę przez łeb.
Z drugiej strony, był jeszcze młody. Miał jako takie szanse wśród programistów i w branży muzycznej... Całe życie do przejścia...
Podniósł głowę i, zebrawszy w sobie odwagę, popatrzył jej w te piękne, oraz zaskakująco niewinne oczy. Podjął decyzję.
- CHCĘ.
Adae uśmiechnęła się lekko. Umowa została zawarta. Teraz należało tylko nałożyć pieczęć, więc przysunęła się do niego, po czym objęła rękoma.
- Nie bój się... Może trochę zaboleć - szepnęła.
- Nie boję się. - Odpowiedział, gotowy już na wszystko.
Wtedy Śmierć ucałowała go delikatnie w lewe oko, te przestrzelone. Przez chwilę delektowała się krwią, a następnie wstała, jego też ciągnąc na nogi.
Młodzieńca faktycznie zabolało; był to dziwny, jakby nierealny ból. Gdy ustąpił, Adae powiedziała jeszcze:
- Zobaczymy się w snach.
I wepchnęła go do zimnej, ciemnej wody.
***
Przemyślał słowa, które powie po przebudzeniu. Rozważał nad nimi długo, całą drogę w dół, na dno... Ale i tak skończyło się na donośnym "Kurwa mać!" z bólu i zaskoczenia.
Do dupy z tym wszystkim.
Hm, hm, hmmm. Nie wiem do końca co o tym myśleć.
OdpowiedzUsuńZnaczy, nie jest złe... tylko, twój styl pisania taki trochę... do dupy. I wszystko to wydaje się takie trochę... LOL TU JEST TO TU SIĘ DZIEJE TO TERAZ TO TU JEST ON "TY" "JA" ON UMIERA TERAZ JEST TAM JEGO ON I TERAZ ONA TAM JEST I ON COŚ I KONIEC!
Może by tak, wiesz... bardziej to jakoś rozpisać? WZBOGACIĆ? Niby pod Pratchetta próbujesz się robić, ale ci nie wychodzi.
Sugeruję spróbować nieco innego stylu opisywania i innych takich. Jest wiele sposobów robienia zabawnej narracji, bez używania słów takich jak: "Pierdoła/Pierdół/Pierdoły".
To tak trochę wygląda jak moje opowiadania z rok temu. Chociaż teraz trochę się poprawiły, to wciąż są o dupę rozbić.
Anyway, YOU GO GIRL! SHOW EVERYONE THAT YOU CAN!
Trudno mi o jednoznaczną opinię. Nie wiem, czy to ma być na serio, czy parodia - z jednej strony styl i spiętrzenie motywów rodem z anime... nawet słowo "Impact" kojarzy mi się mocno z mangą... a jeszcze nastoletni-szkolny-muzyk-łowca-demonów-syn-demona - trudno mi to brać na poważnie. Do tego styl wyraźnie inspirowany Pratchettem, choć bez jego płynności - do czego wrócę... Z drugiej strony ostatnia scena sugeruje, że ma być mrocznie i ciężko, podobnie motyw świata rządzonego przez demony też nie zapowiada radosnej komedii.
OdpowiedzUsuńStyl, jak powiedziałam, Pratchettem mi zajeżdża, ale niestety, o ile Pratchett ma "lekkie pióro" o tyle ty... Twoje jest aż za "lekkie" powiedziałabym. Śpieszysz się z narracją na złamanie karku, nie zdążyliśmy poznać bohatera - a ten już dostaje kulkę. Nie zdążyliśmy się dowiedzieć, co planowały demony - a tu już Lucyfer wyłazi. Narracja ma tempo karabinu maszynowego. Gdzie ci się tak śpieszy? Zwolnij. Pooddychaj spokojnie. Walnij jakiś mały opis. Daj postaciom czas na zaprezentowanie się czytelnikowi. Pokaż świat, nakreśl sytuację polityczną, społeczną... Widzę tam zaczątki tego wszystkiego, zaczątki, które mają potencjał czegoś ciekawego.
Z "luzackich" wstawek też bym zrezygnowała. Humor można oddać i bez nich. Jeśli wzorujesz się na Pratchecie - zwróć uwagę na jego gry słowne.
Kwiatki też się zdarzały niestety. Na przykład: "dziewczyna – bardzo wysoka i ładnie... wyrzeźbiona" Wyrzeźbiona z czego? Z drewna?
Dobrej bety życzę, bo i kwiatków i błędów więcej było.
Mam jednak nadzieję, że motywacja do pisania tekstu i pracy nad nim wróci i nie opuści :)
Hmm... Językowo mi się podoba, fabuła OK, ale za szybko się to to dzieje... Przez to bardziej się prześlizguje po tekście, niż wczytuje. Z tego rozdziału wyszłyby ze trzy, jakby się w niego zagłębić. No i przydałaby się korekta ;)
OdpowiedzUsuńNiemniej - pisane językiem całkiem fajnym. Strasznie podobają mi się informacje o tym, co będzie w rozdziale ;)